Panowie i panie
Sok z marchii brandenburskiej sącząc
I słonymi paluszkami od nóg zagryzając
Z ust pewnej tłustej krowy
Słodkie perełki poezji spijają
Które oważ wśród kląskania
Warg swych karminowanych
Wypluwa niczym pestki
Rajskich jabłuszek
Sok cichcem do trzewi spływa
Poezja dopada uszek
Idylla wszystkich rozdyma
Bo mowa jej jak puszek...
I byliby się wznieśli
Niczym poezji balony
Gdyby nie jegomość pewien
Co w sali kącie śmiech złośliwy
Był od dłuższej chwili dusił
Bo mu się nad wyraz poważnie
Beznadziejną
Otyła poetka jawiła
Aż grzmotnął histerycznie
Nie mogąc już wytrzymać
Akurat kiedy ona o miłości kwieciu
I trzepotliwych motylkach uczuć
Mówiła
Wstyd! krzyknął ktoś
Prowokacja!
Lecz po chwili solowego ryku
Pojawił się drugi i trzeci chichot
A za moment nic już nie powstrzymywało
Nawały szału
Poważną w gorsecie swej poezji
Pozostała jedynie
Dama
Zadeklamowana
W.K., 4/17/92